
-
W roku 1973 osiem zdrowych osób zgłosiło się do wybranych szpitali psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych, skarżąc się na halucynacje słuchowe - głosy, które mówiły im coś o pustce. Wszyscy zostali przyjęci na leczenie z rozpoznaniem schizofrenii. Po zapisaniu na oddział każdy z przyjętych przestał się uskarżać na dokuczliwe objawy i zaczął zachowywać w sposób normalny. Pomimo tej zmiany żaden z nich nie został wypuszczony. Ludzie ci pozostali w szpitalach od 7 do 52 dni (średnio 19 dni) i po tym czasie zostali wypisani jako osoby ze schizofrenią "w remisji". Tak wyglądał sławny eksperyment zorganizowany przez zespół Davida L. Rosenhana.
Co ciekawe, choć nikt z personelu medycznego nie wnosił o zwolnienie przyjętych na oddział fałszywych pacjentów, robiło to z przejęciem wielu chorych (dokładnie 35 ze 118). Sugeruje to, iż diagnozowanie choroby psychicznej łatwiej przychodziło pacjentom niż lekarzom.
Opisany wyżej eksperyment jest przykładem błędu typu 2: lekarz diagnozuje chorobę tam, gdzie jej nie ma, by uniknąć błędu typu 1, czyli braku wykrycia choroby, gdy jest ona groźna. W przypadku medycyny jest w tym pewien sens, choć ze względu na szkodliwość skutków ubocznych niepotrzebnie stosowanych terapii także wątpliwy. W przypadku psychiatrii wynika z tego ogromne zagrożenie, gdyż niepotrzebnie stosowane leki doprowadzą do rozstroju organizmu, a etykietka nadawana osobom chorym psychicznie na długo utrudni ich społeczne funkcjonowanie.
Interesujące, że wykonany symetrycznie eksperyment odwrotny potwierdził tylko problematyczność diagnozy psychiatrycznej. Gdy personel szpitali psychiatrycznych został uprzedzony, że zgłoszą się podstawieni fałszywi pacjenci, na 193 osoby na izbie przyjęć lekarze wykryli 23, a pielęgniarze 41 osób symulujących. Aż 19 osób zostało uznanych za symulantów przez dwóch członków personelu. W rzeczywistości żadna zdrowa osoba nie została podstawiona w czasie trwania badania.
W swym artykule David L. Rosenhan pisze o depersonalizującym doświadczeniu pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Zwraca przy tym uwagę na fakt, iż przestrzeń oddziału jest podzielona w taki sposób, by personel mógł unikać kontaktu i mieszania się z chorymi. Wydzieloną dla pracowników część nazwał klatką i policzył, że opiekuni spędzali od 3 do do 52% czasu poza klatką (średnia 11,3). Pielęgniarki i lekarze przebywali poza klatką tak krótko, że niemożliwe było badanie w procentach, więc pozostało liczenie, ile razy wychodzą oni z klatki. Pielęgniarki wychodziły od 4 do 39 razy (średnio 11,5), a lekarze od 1 do 17 razy (średnio 6,7). Dziennie kontakt pacjenta z personelem trwał od 3,9 do 25,1 minut (średnio 6,8). W trakcie trwania eksperymentu 8 osobom zaordynowano 2100 różnych pigułek, z czego połknięte zostały dwie. Autor podkreślał, że niźsi rangą pracownicy unikali wychodzenia z klatki, biorąc przykład z tych, którzy w hierarchii zajmowali miejsca najwyższe.
To klasyczne badanie pokazuje, jaka jest siła etykietki i w jaki sposób schemat kształtuje percepcję. Czy ma ono zastosowanie jedynie dla interpretacji tego, co dzieje się w szpitalach psychiatrycznych? Moim zdaniem - niekoniecznie. Siła tego projektu tkwi także w ukazaniu, jak ustalony z góry podział ról odbija się na rzeczywistości, ponieważ ostatecznie także pacjent przyjmuje rolę nadaną mu przez etykietkę:
Eventually, the patient himself accepts the diagnosis, with all of its surplus meanings and expectations, and behaves accordingly.
Źródło: David L. Rosenhan, "On Being Sane in Insane Places,” Science, Vol. 179 (Jan. 1973), 250-258; artykuł można znaleźć też na: http://psychrights.org/articles/rosenham.htm