ciało i płeć

Konstrukcja podmiotu i problem dojrzałości w Herberta Marcusego „Eros i cywilizacja”

/FILOZOFIA/PSYCHOLOGIA/PSYCHOANALIZA/

Mamusiu kochana, za zimno w Kościele,

Gdy w Karczmie jest cieplej, zdrowiej i weselej.

I nikt się nie boi, że zbytnio nabroi,

W Niebie zaś rzecz taka całkiem nie przystoi.


Lecz gdyby w Kościele Piwa nam nalali,

A dusze przy kominku byśmy zagrzewali,

Modły nasze i śpiewy trwałyby dzień cały,

Marzenia progów tych nie porzucały.


Dalej Ksiądz by nauczał, pił i śpiewał piosnkę,

By radość nasza była jak ptaszków na wiosnę,

A Paniusia Kwęczka, co wiecznie na klęczkach

Niechętna by dzieci postem i rózgą zadręczać.


Aż Bóg, tak jak ojciec, który się raduje,

Gdy dziecko wesoło jak on sam świętuje,

Znudziłby się sprzeczką i z Diabłem, i z Beczką,

Ucałował go, odział i spił gorzałeczką.


(William Blake, Mały Włóczęga, tłumaczenie Tomasz Basiuk, Izabelin 1997)

 


Dzieje kultury obfitują w wielość różnorakiej maści reformatorów, proroków i zbawicieli. Nie czas tutaj na ich wyliczanie. Dość rzec, że patrząc na to z pewnej odległości, kontynuatorzy tak Marksa, jak i Freuda wraz z samymi ojcami założycielami wpisują się w ten ciąg. Obaj ojcowie stają w opozycji do tradycyjnej religii i obaj krytykowani są przez współczesne pozytywistyczne nurty w nauce. Nie satysfakcjonuje ich szczęście poza grobem, ale sposób, w jaki człowiek próbuje ulepszyć swoje życie doczesne, nie budzi ich nadziei na lepszą przyszłość. Z tej alternatywy wybierają trzecią drogę – przekształcenie podmiotu. Marksizm na płaszczyźnie społecznej, a psychoanaliza w perspektywie indywidualnej diagnozuje wadliwe struktury, których radykalna zmiana zaprowadzi raj na ziemi.

Herbert Marcuse w pracy Eros i cywilizacja rysuje koncepcję, której skojarzenie z projektem teologicznym jest dla mnie nieodparte. Próbuje uszczęśliwić człowieka. Stwierdza, że represja popędów na obecnym etapie rozwoju cywilizacji stała się zbędna. Ograniczenie zasady przyjemności przez zasadę rzeczywistości było konieczne, gdy egzystencja ludzka musiała zmagać się z niedostatkiem. W tej walce wykształciła się struktura społeczna, której główną funkcją była produktywność, a podstawą relacji – dominacja. Obecnie kultura wypracowała wystarczająco dużo środków, by stworzyć człowiekowi środowisko nierepresyjne, a dalsze utrzymywanie starego systemu nie jest podyktowane już potrzebą walki o byt, ale potrzebą utrzymania stosunków dominacji. Represja musi być tym surowsza, im bardziej jest zbędna.

Intencje omawianego Autora są niewątpliwie godne naśladowania, ale projekt, który z nich wyrasta budzi już znacznie więcej wątpliwości. Dzieje się tak według mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, Marcuse projektuje przemianę, nie określając do końca, co jest podmiotem tej przemiany. Człowiek, którego pragnie wyzwolić, nie istnieje po przejściu ścieżki zdrowia, jaką projektuje mu Marcuse. Dla przykładu jednym ze stanów prowadzących do uwolnienia jest regres do pierwotnego narcyzmu, który w rzeczywistości spotykany jest w ciężkich stanach psychotycznych. Po drugie, Marcuse projektuje przemianę, nie określając, co ma być jej punktem dojścia, a więc jaki kształt ma przybrać podmiot dojrzały w dojrzałej cywilizacji. Diagnozuje napięcia, które są przyczyną alienacji człowieka i uznaje, że ich zniesienie przyczyni się do powszechnej szczęśliwości, ale nie daje żadnego wyraźnego opisu tego stanu po przemianie. Tym samym napotyka on na te same trudności, na jakie natykają się wszystkie wielkie teologie – na problem z konstrukcją raju.

Oczywiście, pojawiają się tam pewne propozycje, które mogłyby stanowić przyczynek do rozwiania moich wątpliwości. Po bliższym ich zbadaniu doszłam jednak do wniosku, że Eros i cywilizacja nie jest pracą filozoficzną, ale dziełem muzycznym o konstrukcji fugi. Na początku pojawia się tam temat: człowiek na obecnym etapie rozwoju może i powinien uwolnić się od stosunków dominacji przez wyzwolenie swojej seksualności. Potem pojawia się wiele wątków, które stanowią przetworzenie tematu. Problem w tym, że z argumentami z tych przetworzeń nie da się dyskutować, gdyż każdy podjęty wątek natychmiast znika, przechodząc w wątek podobny, ale nieco odmienny. Na koniec pojawia się temat główny w swej fundamentalnej, uderzeniowej wersji: krytyka rewizjonizmu psychoanalitycznego za spolegliwość wobec panującego systemu.

Trudność pojawia się już przy próbie odpowiedzi na pytanie, czym jest tytułowy Eros. Tam, gdzie obowiązuje zasada przyjemności, ma być on pędem do zaspokojenia, tam, gdzie zaczyna się zasada rzeczywistości, jest on instynktem samozachowawczym. Thanatos jako pierwiastek przeciwny jest destrukcją, skierowanym na zewnątrz pędem do zabijania i zawłaszczania, a gdy zwraca się do wewnątrz podmiotu, staje się budowniczym superego, autorepresją. Oba popędy pozostają w subtelnej zależności od siebie. Ich działanie stanowi zawiły splot niemożliwy do opisania w kategoriach logicznych. Przy bliższym zbadaniu okazuje się, że Eros to dobro, a Thanatos to zło. Zza subtelnych dywagacji teologicznych wyziera ludowy zabobon. Novum jest tu semantyczna płynność bóstwa, która służyć ma chyba dynamizacji tej fugi.

Wszystkie projekty ludzkiego szczęścia bez granic natykają się na ten sam problem – czas. Problem czasu uwypukla daremność projektu Marcusego. Rysuje on pomysł areligijnego wyzwolenia człowieka od cierpień, zakładając szczęście w życiu doczesnym oparte na materialnej podstawie – przyjemności ciała. Jest ona jednak ograniczona przez śmierć i limit czasowy. Marcuse proponuje dwa rozwiązania. Po pierwsze wskazuje na pamięć jako czynnik, który pokonuje czas. Tym samym jego projekt wyzwolenia seksualności staje się idealistyczny. Do tego dodaje pomysł zniwelowania perspektywy śmierci przez jej bezbolesność. Niestety to nie bolesność śmierci czyni z niej czynnik przerażający. Ludzki strach rodzi się z myśli o nieistnieniu. Na tym zasadza się sukces religii obiecujących wieczne trwanie bez względu na jego formę. Warto dodać, że obiecują one trwanie w warunkach, które znoszą istnienie podmiotu, a to łączy je z projektem Marcusego.

Z tradycyjnymi wizjami eschatologicznym Eros i cywilizacja dzieli jeszcze jeden wątek – poprzez uznanie rozwoju ontogenetycznego i filogenetycznego za symetryczne Marcuse w opisie rozwoju cywilizacji posługuje się metaforą ludzkiego życia. To samo czyni chrześcijaństwo, gdy po Ostatecznym Końcu Cywilizacji obiecuje Raj. Co więcej, Marcuse stwierdza, że szczęście człowieka możliwe było jedynie na początku i na końcu dziejów, więc pozostaje w idealnej zgodzie z wizją biblijną. W perspektywie teologii chrześcijańskiej rozwiązania deus ex machina są uzasadnione. Czy są uzasadnione w przypadku rewolucjonisty Marcusego – nie wiem.

Jednym z podstawowych pojęć tej koncepcji jest „dominacja”. Stanowi dla mnie ono źródło podstawowej niejasności. Dominacja realizuje się już w hordzie pierwotnej. Praojciec monopolizując prawa do przyjemności i władzy, ustanawia stosunki dominacji wobec reszty plemienia. Po jego zamordowaniu synowie odtwarzają stosunki dominacji, które odtwarzane są potem we wszystkich kolejnych społecznych układach. Dominacja tworzy z człowieka narzędzie wyalienowanej pracy, z której produktów korzysta grupa uprzywilejowana.

Tak długo, jak dominacja daje się ująć w opisanym wyżej schemacie, problemem jest odzyskanie sprawiedliwości społecznej poprzez bunt wyzyskiwanych przeciw wyzyskiwaczom, co postuluje Marks. Problem ten modyfikuje się jednak, gdy za poddanych dominacji uznamy wszystkich ludzi, a taka sytuacja wydaje się zachodzić w obrębie demokracji i fakt ten nie umyka uwadze Marcusego. W Przedmowie politycznej z roku 66’ pisze on o „demokratycznej introjekcji władców na poddanych”. Marcuse sugeruje, że pierwotny układ społeczny ustanowiony przy użyciu siły jest źródłem wypaczonej rzeczywistości, w której człowiek poddany kontroli wewnętrznego pana i nieludzkiego systemu jest skazany na cierpienie. Ludzie na wszystkich szczeblach społecznej hierarchii zostali zniewoleni przez represyjną zasadę wydajności i cierpią bez względu na to, czy są ofiarami czy beneficjentami systemu. (Stąd pojawia się stwierdzenie, że bogactwo nie daje szczęścia.) Zastanawia mnie, w jaki sposób dominacja przechodzi tę ewolucję od zasady zewnętrznej do zinternalizowanej. Wydaje się, że Marcuse uznaje ten proces za naturalny i nie poświęca mu większej uwagi. Co ciekawe, pisze on też o szansie, jaka stoi przed społeczeństwami zacofanymi, które nie weszły jeszcze w stadium nadrepresji. Znaczy to, że nie widzi on problemu w stosunkach dominacji w warunkach niedostatku i nie dostrzega zależności między pierwszym ich stadium a drugim.

Marcuse przedstawia czas, w którym żyje, jako epokę produkowania niepotrzebnych potrzeb. Dotyczy to zwłaszcza przestrzeni czasu wolnego – rozrywki i sfery zbrojeń. Według tej koncepcji kultura rozwijała się, by zaspokajać ludzkie potrzeby, ale w pewnym momencie rozwój przejął prym nad potrzebami, które mogłyby już zostać zaspokojone. Nie pisze jednak ani słowa o tym, w którym momencie cywilizacja minęła próg zaspokojenia i weszła na ścieżkę bezsensownej produktywności.

W raju Marcusego wolny człowiek działa ku przyjemności motywowany popędem Erosa, który przemienia to, co destrukcyjne w człowieku, w pierwiastek twórczy. Stwierdza on, że cywilizacja ludzka weszła w stadium nadrepresji, gdyż stosunki dominacji konieczne w realiach walki o byt w obecnej sytuacji mogą zostać zniesione. Przypomina to dziecięce wyobrażenia o stanie dojrzałości. Dziecko wyobraża sobie dorosłego jako jednostkę obdarzoną pełnią mocy, która dzięki temu może rozkoszować się pełnią wolności. Dorosłe życie zadaje kłam takim wyobrażeniom ze względu na konieczność walki o byt. Nie jest to jednak jedyny czynnik ograniczający jego wolność. Drugim źródłem represji jest Inny. Od Mojżesza do Hegla i od Hegla do Marcusego inność zostaje przezwyciężona w jedności. W solipsystyczno-narcystycznym samozachwycie. Cha! – mówi Heglowski Duch i po dramatycznym przejściu przez dzieje kończy happy endem w najlepszym, hollywoodzkim stylu. Cha! – mówi Marcuse i maluje przed nami obraz wyzwolenia od cierpienia, które JUŻ nie jest konieczne. Problem w tym, że nie widzę, czym ma być legitymizowana ta konieczność w przeszłości i na czym polega ta radykalna zmiana w ludzkiej sytuacji egzystencjalnej. Na braku konieczności walki z przyrodą? Nieodparcie narzuca mi się myśl, że stosunki dominacji zostały ustalone nie ze względu na walkę o byt, ale wyrosły one ze społecznego charakteru ludzkiego bytu. Bajka o zamordowaniu Praojca nie mówi przecież nic o konieczności konsolidacji grupy w walce z przyrodą. Pokazuje ona walkę o monopol na przyjemność i ten aspekt ludzkiej egzystencji – konfrontacja między podmiotami jest zasadniczym czynnikiem generującym represje i budującym relacje dominacji. Chyba właśnie z tego powodu człowiek w demokratycznym społeczeństwie internalizował władcę.

Koncentrując się na dziecięcej wolności, Marcuse zapomina o roli rodzica. Zapomina o tym, że człowiek nie jest jedynie ofiarą represji, ale jest także jej źródłem i że emancypacja od funkcji pierwszej musi być także emancypacją od tej drugiej. Rola pomiotu jako rodzica, rodzica wobec dziecka, jest w ogóle dziwnie nieobecna w historii filozofii. Jest to temat na osobne wystąpienie, ale moim zdaniem warto zastanowić się nad tym, jak wyglądałaby Dialektyka panowania i niewoli, gdyby Hegel był Heglicą.

Na koniec wspomnę tylko, że koncepcja analogiczna do pomysłów Marcusego, ale znacznie bardziej konsekwentna przez swój jawnie metafizyczny charakter i syntezę z chrześcijaństwem została stworzona w XVIII wieku przez cytowanego na początku Williama Blake’a. Ma on tę przewagę nad Marcusem, że rzeczywiście dobrze dopracował wizję raju i włączył w nią realną cielesność. Wspólny z Marcusem jest tam między innymi postulat unikania nudy, do którego, mam nadzieję, udało mi się zastosować.

Krótki kursik feminizmu, który z niewiadomych względów nie zostanie opublikowany w czasopiśmie z kolorowymi obrazkami

Bycie kobietą to czynność zupełnie bezwartościowa. Tak, tak. Wiem. Macierzyństwo. Ale ja nie o tym mówię. Czy macierzyństwo to bycie kobietą? Macierzyństwo to dowód na słuszność zdania pierwszego. Żyjesz po to, by być matką, bo kobietą po prostu być nie warto i dlatego kobieta potrzebuje na swe istnienie jakiegoś usprawiedliwienia. Funkcją kobiety nie grającej w małżeństwo i macierzyństwo jest główna rola w grze pod tytułem dewaluacja. Tracisz na wartości, moja droga, z dnia na dzień. Popatrz w lustro i kombinuj, bo chyba nie liczysz, dziewczyno, na dobrze płatną pracę i szacunek otoczenia. Zresztą nawet jako prezes banku pogrążysz się w staropanieńskim zdziwaczeniu. Cokolwiek byś nie osiągnęła, będą snuć się za Tobą pobłażliwe uśmieszki: chłopa jej brakuje. Nawet z tuzinem kochanków nie będziesz szczęśliwa, bo w naturze kobiety nie leży chęć poszerzania erotycznych doświadczeń. Jako hańba na honorze rodziny nigdy nie będziesz już mogła liczyć na męskie uczucie, bo taka kobieta to nie jest typ, który się kocha.

Brak szacunku rodziny, znajomych i współpracowników to jest najmniejszy problem. Najgorsze jest to, jak traktujesz siebie sama. Już nie drażnią Cię nawet te godziny babskich pogaduszek o tym, że nie zamierzasz wychodzić za mąż, bo mój ideał mężczyzny to... A tak w ogóle to jestem zakochana w Stasiu z naprzeciwka. Wychodzisz pokrzepiona niefartem reszty przyjaciółek. Bo ta Jola, co wyszła za Krzyśka, to nie jest już mile widzianym gościem na naszych posiadówkach. Zresztą kontakt i tak jakoś się urwał. Wieczorem wyciągasz albumy. Oglądasz zdjęcia swoich złamanych serc. Rano budzisz się z rozmazanym makijażem. Jeśli nie ma albumu ze złamanymi sercami, to mokra jest cała poduszka.

Dla poprawienia humoru pojedziesz nad morze i wdasz się w burzliwy romans z przystojnym Włochem, by za rok płakać nad albumem jeszcze rzewniej. Albo zostaniesz prezesem NBP. Albo będziesz jadła trzy czekolady dziennie, aż twoje odbicie w lustrze pokornie potwierdzi stereotyp. Bo jeśli nie wyjdziesz w końcu za tego Stasia z naprzeciwka i nie urodzisz (rzecz jasna, naturalnie) trójki potencjalnych posłów z ugrupowań prorodzinnych, to jedyne, co Ci pozostanie, to feminizm. I niech Cię Bóg ma w swej opiece, jeśli wybierzesz to wyjście najgorsze z możliwych. Bo feminizm to knebel. Bajka o czerwonym kapturku, którego nie zjadł wilk, bo był nieapetyczny, i którego leśniczy nie uratował, bo nie miał na niego ochoty. Zapiszesz się do grubych Pań w powyciąganych swetrach, które cierpią na jedną dolegliwość. Wszyscy wiemy jaką. Potem będziesz pisać zjadliwe manifesty i solidaryzować się z resztą koleżanek w nadziei, że jakiś królewicz na białym koniu Cię z tego wyciągnie. Mogę powiedzieć Ci tylko jedno. Powodzenia.

 

Subskrybuje zawartość